Witamy na Opieprzu!

Ogłoszenia z dnia 29.04.2016

Do zakładki "kolejka" oraz "regulamin dla zgłaszających się" został dodany nowy punkt. Prosimy się z nim zapoznać.

Zapraszamy do wzięcia udziału w rekrutacji!


czwartek, 2 września 2010

(650) deathlove



Meei spróbuje przebrnąć dziś przez opowiadanie o miłości – deathlove. Wprost umieram z ciekawości. Ha.

Pierwsze wrażenie: 2/10
Zawsze z opowiadaniami mam problem tego rodzaju, że spieszę się przy pierwszym wrażeniu, żeby jak najprędzej dopaść do treści, ale dzisiaj postanowiłam się przemóc i przypatrzeć uważniej Twojemu blogowi. Czujesz się zachwycona? To świetnie. Ja mniej.

Przerywamy nadawanie, żeby przekazać państwu wiadomość z ostatniej chwili: szara rozpędzona bryła, prawdopodobnie pochodząca z kosmosu, trafiła z zaskakującą brutalnością wprost w ślepia Cioci M., znanej pod pseudonimem „Mejkowa”. Poszkodowana poważnie zakrztusiła się spożywanym słonecznikiem i szykuje się na przyjazd karetki pogotowia, która jak dobrze pójdzie, pojawi się u niej z samego rana. Naukowcy mają zamiar ustalić skład tajemniczego zjawiska. Na razie spekulują, że to szara ektoplazma, ewentualnie bigos teściowej Mariana S. spod szóstki, kilkukrotnie rozmrażany i zamrażany dla nadania subtelnej nutki jadu kiełbasianego.

Doszłam już do siebie. Powtórzyłam swoją mantrę, usiadłam w dogodnej pozycji, zestaw kryzysowy w formie spaghetti jest, i zaczynam wszystko od nowa. Powiem Ci, że jak spojrzałam na adres, to mi zaleciało tekstami His Infernal Majesty, ale patrząc na słodką buźkę z nagłówka, należącą do wypacykowanego gogusia natychmiast zweryfikowałam swoje poglądy i strzeliłam sobie z placka w twarz. Szykuje nam się „gwiazdorskie” opko, aż się boję. Zastanawiam się też mocno, co oznacza idiom „deathlove”. „Śmiertelna miłość”, czyżby? Czuję, że mogłabym tu napisać elaborat, ale po co, skoro i tak nikomu nie wpakuję do głowy, że angielski nie jest polskim… W każdym razie jeśli o to Ci chodziło, to o wiele lepiej pasowałoby „Fatal love”, ewentualnie „Mortal love”; w zależności od tego, co autor miał na myśli. Podejrzewam, że na myśli nie miał nic, więc ja ciapię punkcisze, a Ty se tam rób co chcesz. A! Wróć! Może jednak chodzi o „miłość po grób”? Ha! To na pewno nie będzie wyglądało tak, jak wygląda obecnie. Prędzej powinien tu być jakiś ckliwy gryzmoł w stylu: „love–forever”, ale mniejsza o większość. W naszym zingliszowanym społeczeństwie ciężko będzie dojść do sensownego konsensusu, więc zamierzam zaniechać dalszych wysiłków. Bo nie warto.
Beleczka nie mniej przerażająca, mam ochotę się na niej powiesić, pohuśtać i podyndać. Szkoda tylko, że pęknie za moment pod ciężarem moich oskarżeń. „a gdybyś wiedział, że jutro będzie koniec świata?”. SZS* się aktywowało u panienki, co? Radzę tej nieszczęsnej literce „a” urosnąć, żeby godnie mogła reprezentować to zdanie, a nie być jakimś pokurczem z lisiej norki. Wracając do strony merytorycznej… Czy pytasz mnie co bym zrobiła, gdybym wiedziała, że jutro będzie koniec świata? Otóż… napadłabym na bank, kupiła bilet lotniczy i wylądowała na Francuskiej Riwierze, potem zabawiłabym się w klubie z przystojnymi żabojadami, żeby przed północą poleżeć na prywatnym polu lawendy i popatrzeć na gwiazdki. Opcja druga: podłubałabym w nosie, wypiła piwo marki SIARIS i zapaliła papieroska. Jedno jest pewne: nie traciłabym czasu na czytanie Twoich wypocin i oglądanie tak paskudnego szablonu. W normalnych okolicznościach pewnie powiedziałabym, że belka daje do myślenia, ale zważywszy na fakt, że okoliczności w jakich się znajdujemy są dalekie od normy, zwyczajnie każe Ci popukać się w czoło. Belka dla opowiadania ma zachęcać do czytania Twoich smarków, czyż nie? Ta nie zachęca, no chyba że zamierzasz pisać o końcu świata w co – nawiasem mówiąc – szczerze wątpię. Poza tym powinna być jakimś wprowadzeniem do świata przedstawionego w opowiadaniu, a nie sentencją z rzyci wyjętą. Sprawa prosta, c’nie?

Wiadomość z ostatniej chwili: naukowcy zidentyfikowali obiekty, które niedawno okaleczyły ślepia nijakiej Cioci M. Obiekty okazały się zwyczajnym nagłówkiem przedstawiającym Jakąś-Gwiazdę-Rocka-Czyli-Popu w zdublowanej postaci, tysiącem chwiejnych, białych mróweczek oraz dziwną, zmiętoloną ramką, która wygląda co najmniej jak psu z gardła wyciągnięta.

Po kilkukrotnym zmrużeniu oczu czuję, że jestem gotowa na konfrontację z Twoim szablonem. Pytanie ciśnie się jedno: wtf? Primo: cały ten placek z tłem wewnętrznym nie może, po prostu NIE MOŻE tak się lepić do lewej strony. Rozumiem, że ona może wydawać się atrakcyjna i pociągająca, ale jestem niemal pewna, że jak tło wewnętrzne spróbuje zapoznać się z nią organoleptycznie to będzie krwawa jatka. Tego byśmy nie chcieli. Secudno: jaka siła nieczysta kazała Ci wybrać takie zamulone kolory? Rozumiem, że może chcesz wzniecić aurę smutku, ale na litość depilatora! Jest tyle fantastycznych i zarazem smutnych zestawień, że puchnie głowa, a Ty się rzucasz na znienawidzoną przez mnie szarość, która wygląda jakby chciała być czernią, albo kawą z mlekiem! Ta to ma, rozdwojenie jaźni, jak bogackiego! Tertio: na jasną Gwineę, potrzebna Ci tutaj ta rameczka? Chciałaś zabarwić klimacik? Sorcik, nie wyszło. Nie mam pojęcia co to przedstawia, nie nadaje subtelności, a wręcz przeciwnie. Żre się z całą koncepcją. Quatro: dochodzę do wniosku, że masz zaburzenia psychiki i to całkiem poważne. Może i nie jestem wykwalifikowanym psychologiem, ale raz mi walisz tekstem: „informacja”, a za chwilę walisz „information” jak gajowy jajcem o sosnę. Zdecyduj się. Quinto: czytelność nam zanika, mayday, mayday, czytelność nam zanika, Houston mamy problem! Wszystkie kontrolki się świecą, ale pilot oczywiście nie widzi, że tytuły postów są ledwie widoczne!

Poprzednie przypuszczenia, że to bigos okazały się wielce nietrafne, bo to co we mnie trafiło jest o wiele bardziej ciężkostrawne. Reasumując szablon do zmiany, natychmiastowej.

Nagłówek: 0/5
Na nagłówku mamy: wesoła japa razy dwa w wersji dwa kolory, stadko rozwrzeszczanych, podnieconych małolat i kolorowy smark na środku. No, rewelacja! Mam nadzieję, że żyłka pierdząca Ci od wysiłku nie pękła przy wykonywaniu tego cacucha. Szczerze mówiąc, to już mi nawet nie przeszkadza, że się kafelkuje. Bardziej mnie wkurza to, że nie wyraża sobą nic, ależ kompletnie nic. Pomijam też fakt, że ta paszcza będzie mi się śniła w najgorszych koszmarach, pomijam fakt, że on ma za dużo zębów i mam wrażenie, że zaraz mu się wysypią, bo to wszystko jest niczym istotnym przy tym kolorowym glejcie. Paskudztwo, jedyna rada: zmienić!

Treść: 1/10
Ależ wstrzymaj konia… swej niecierpliwości! Nie gorączkuj się tak, bo jeszcze skali na termometrze zabraknie i cię w szpitalu na NFZ nie przyjmą! Już biorę się za treść i nie denerwuj się, że się tak ociągam! Zwyczajnie chcę dla Ciebie dobra, chcę oddalić dzień zgonu Twojego opowiadania jak najdalej w czasie. Nie ja się nie uprzedzam, cały czas tkwię w nadziei, że zmienisz mój pogląd na temat opowiadań o gwiazdach, ale nie spodziewam się szczególnej euforii po moim pierwszym zrażeniu. Jedziem od początku z tym koksem. Przedmowę pomijam, bo nie chcę się zirytować i ruszam z rozdziałem I.
Już zaliczasz pierwsze porażki i to na „samiućkim wstympie”. Gdzie są, kurde mol, akapity?! Heloooł, nawet w średniowieczu zaznaczano tekst inicjałami, a u Ciebie przepadły! Uhm… Czuję się dziwnie po przeczytaniu tego rozdziału. Oczywiście tragiczne małżeństwo, szukanie pracy i zapoznanie z blondynem, który służy jej pomocą, czyli fabuła typowa, sztampowa, standardowa, wyświechtana i do znudzenia powtarzana. Potem to już może być tylko gorzej, bo przyjdzie czas na słodką miłość i zalotne mruganie przeżartymi przez maskarę rzęskami. Mam wrażenie, że prędzej zdechnę niż doczytam to do końca, ale skupię się raczej na analizie rozdziału.
Opisy były. Dość rachityczne, ale liczę na to, że się rozwiniesz jak rolka papieru toaletowego. Dialogi drętwe jak samotna sztacheta w płocie, słownictwo tragiczne. Na pierwszy rzut oka widać, że czytanie nie jest Twoją pasją, bo gdyby tak było tekst kipiałby od epitetów, dobrych porównań i przede wszystkim nie byłoby w nim powtórzeń. Jeśli zaś idzie o kreację bohaterów, to musze przyznać, że – poza fabułą – jest to najsłabsza część Twojego opowiadania. Faktem jest, że dużo nie miałam okazji przeczytać, ale już widzę, że będzie z tym nędznie. Przede wszystkim ich reakcje są nienaturalne i fatalnie dobrane w słowa. Na przykład, kiedy pobita niemal do nieprzytomności Carmen wczołguje się do windy i spotyka w niej blondyna, ten na nią patrzy i mówi: hej! Załamać się idzie, bo co to za facet, ba! Co to za człowiek, który na widok okaleczonego bliźniego uśmiecha się na wzór teletubisia i mówi HEJ! No kuźwa, wasza… Gość trybi jak diesel w zimie! I jeszcze to przeświadczenie, że ona się w nim zakocha! Żenua, po prostu. Sebastian wcale nie lepszy, bo od progu rzuca się na małżonkę i ją katuje. Dziewczyno, toć to skrajna patologia, zagalopowałaś się chyba troszkę. Zawsze mnie dziwiło to przejaskrawianie i zastanawiam się z czym to się wiąże. Jak nie tragedia do potęgi n, to miłość po grób, słodka i naiwna. To wszystko jest mało życiowe. A już najbardziej to ubawiła mnie ta rozmowa kwalifikacyjna do największej wytwórni w mieście, gdzie przyjmuje się panny z ulicy za ładną mordkę. No, ja bardzo chciałabym żyć w takim świecie, choć urodą nie grzeszę, ale zrobiłoby się parę operacji plastycznych i życie byłoby zajebójcze. Btw, dopisek od Ciebie mnie zmiażdżył, więc pozwolę sobie pominąć wszystkie kolejne, nic niewnoszące banialuki od autora. Brnę dalej.
Rozdział II.
Kolejny rozdział, kolejne merytoryczne klęski. Pobita, obita i wał wie jeszcze co, leży pół godziny w szpitalu. Przynajmniej tak wynika z tekstu. Coś czuję, że zdolności Dr House’a przy zdolnościach berlińskich lekarzy to pikuś. Ach, zapomniałam, że my żyjemy w wyidealizowanym świecie. W sumie rozcięta głowa nie wymaga szycia, to na pewno, prawda? I siniaki nie bolą i można się kąpać w gorącej wodzie, hasać i obracać się wokół własnej osi, a koń bez głowy siedem kilometrów biegł… Piękny świat. Poza tym tam psy się zmieniają jak w kalejdoskopie, na zawołanie, w zależności od sytuacji. Jak autor ma pomysł, że pies ma być owczarkiem niemieckim, to nim jest i wtedy ma gładką sierść, a jak się autor uderzy w głowę to za chwilę ów psiak ma jednak sierść kręconą. Można też się skryć przed mężem-brutalem u przystojnego sąsiada piętro wyżej i czuć się bezpiecznie. I jakby wszystkiego było mało to ten sąsiad ma apartament z widokiem na śrubokręt, kasy jak lodu, a jednak bimba całe dnie i nic nie robi. Kurczaki, niezła z Ciebie bajkopisarka! Fabuła jest dnem, powiadam Ci. Przede wszystkim to jest tak mało życiowe, że bolą mnie korzonki.
Rozdział III.
Chwała mej wytrwałości, zaprawdę powiadam Wam, że jak to przeżyję, to przeżyję już wszystko! Okazuje się, że Sebastian ma konszachty z UB, albo z naszym IPN-em, bo natychmiast się połapał gdzie jego małżonka przebywa, mimo że siedziała z blondynem, cytuję „którąś godzinę przed TV”. Szybko się ten nasz Seba przebudził z letargu! Kilka godzin temu widział ich razem i dopiero teraz do jego mózgu zapiszczał receptor: hej, ona może być piętro wyżej! Może jest taki wspaniałomyślny, że dał im czas na baraszkowanie, wykąpanie się i zjedzenie przypalonego spaghetti? Nie wiem, w tym świecie dzieją się lepsze akcje niż w Matrixie. Uwaga, mamy tu jeszcze jeden dowód na to, że ten świat jest na maksa odrealniony… Dzwoni jej nowy pracodawca i pyta co się z nią dzieje, że nie pojawia się w pracy. Na co nasza „urocza” bohaterka odpowiada, że miała mały wypadek (cokolwiek to znaczy, bo zauważcie, że takie słowa nie muszą świadczyć o chorobie ani urazach fizycznych), na co szefu mówi, że dobra, spoko loko, przyjdź w przyszłym tygodniu i życzy jej powrotu do zdrowia. Czy on ma zdolności parapsychologiczne, że w lot się domyślił, iż chodzi o chorobę/niedyspozycję fizyczną? Poza tym… JA CHCE DO TEGO ŚWIATA! W normalnych warunkach każdy szef wywaliłby na zbity pysk, że się na dzień dobry leci w kulki, a tu proszę… Szybkiego powrotu do zdrowia! Przepraszam, czy my przypadkiem nie bawimy się domkiem dla lalek firmy Barbie?
Rozdział IV
Zabiję się własnoręcznie ze szczególnym okrucieństwem. Tym razem trafił się odcinek nudny jak podróż przez Grenlandię. Co się wydarzyło? Szef zajrzał jej w dekolt, blondyn zabrał ją do supermarketu i kiedy już się wydawało, że punktem kulminacyjnym rozdziału będzie zakup dżemu, to przyszli znajomi do apartamentu Richiego. Sebastian zapadł pewnie w jakiś letarg, bo nie daje znaków życia. Pewnie zapomniał o kobiecie, którą jeszcze niedawno był w stanie skatować za zdradę, a teraz je, żyje, oddycha spokojnie, wiedząc, że ona śpi nad nim z obcym facetem. Innymi słowy stary niedźwiedź mocno śpi. Poza tym sielanka trwa, mleczko i miodek płynie, a mnie się zaczyna robić niedobrze. Znów dialogi są cienkie jak skóra na kaszance, znów serwujesz porcję dziwacznych reakcji, a brniesz oczywiście do jednego: miłości jak ze snów, nieważne jak się skończy. Och, gdyby to pisała Emily Bronte, to może i nawet bym się wzruszyła. Niestety porównywać autorkę Twojego pokroju do niej to jak porównywać szambo z górskim potokiem. Ale nie przejmuj się, jak to mówią: nie od razu Rzym zbudowali. Chociaż szczerze mówiąc zbyt pięknych widoków na Twoją karierę pisarską nie ma, chyba że dokona się cud. Wiem natomiast, że ja mam dosyć, serdecznie dosyć głupich, dziecinnych tekstów, traktowania ludzi jak przedmiotów, krzywej sinusoidalnej akcji, bo raz nuda, a raz tak zapierniczasz, że ciężko złapać oddech, mam też dosyć opisów, które wyglądają coraz gorzej i mam dosyć odrealnionego świata przedstawionego. I błędów, których jest tyle, że Archimedes by nie zliczył.
Chcesz porady? Dostaniesz. Czytaj więcej książek. Kiedy coś opisujesz, staraj się sobie to wyobrazić. Czytaj tekst dotąd, dokąd nie uznasz, że wszystko gra i tańczy jak choremu w płucach i eliminuj głupie błędy. I wreszcie popracuj nad dialogami, żeby nie były takie drętwe, bo mi się kłębek drutu w kieszeni prostuje.

Ortografia i poprawność językowa: 2/10
Uhuhu, teraz to się będzie działo. Zamierzam zacytować i omówić błędy, ale uwaga! Nie są to wszystkie, o jakie potknęłam się w tekście, bo gdybym miała tu wrzucić wszystko, to pewnie kartek w szanownym programie Word by mi zbrakło.

Cytat: „Wiedząc, że jest środek lata, niesamowicie upalnego lata uzbroiła się w butelkę wody mineralnej w torebce, oraz ciemne okulary przeciwsłoneczne.”
Woda mineralna w butelce… Że żubrówkę w futrzanych piórniczkach sprzedają to wiedziałam, ale że wodę w torebkach? Niezły haj musiałaś mieć, to pisząc. Może zmień dilera, zanim będzie za późno. Poza tym zdanie jest kulawe stylistyczne i pominąwszy fakt, że niewiele z niego zrozumiałam, zwyczajnie głupie.
Cytat: „Wysiadła z taksówki mówiąc ciche ‘dziękuje’ w stronę mężczyzny prowadzącego pojazd.”
Po pierwsze to jesteśmy w Polsce, o ile się nie mylę, a u nas obowiązuje taki zapis cudzysłowu: „”, nie żadne pokraczne apostrofy. Po drugie notorycznie zżerasz ogonki, radzę wypluć, bo są tłuste. Jeśli nie wiesz gdzie, to takiego ogonka brakuje przy literce „e” w słowie „dziękuję”. Po trzecie przed słowem „mówiąc” powinien być przecinek. Po czwarte to pierwszy raz się spotykam z określeniem „mówić w stronę czegoś/kogoś”. Chyba raczej „rzuciła w stronę kierowcy”, bo Ci tu wyszedł jakiś osobliwy kulfon.
Cytat: „Tak. Ja w sprawie pracy. Miałam przyjść dzisiaj. Moje nazwisko Conley. – powiedziała szybko(…)”
Fatalny zapis interpunkcyjny przy dialogu. Kropka na końcu wypowiedzi jest absolutnie zbędna, radzę się dokształcić w tym zakresie, bo na pierwszy rzut oka widać, że cienko z tym u Ciebie. Otwórz pierwszą lepszą książkę i przyjrzyj się dialogom. Poza tym ta wypowiedź ma tyle wspólnego z naturalną mową, co zęby mojej babci z naturą. Wystarczyłoby napisać: „Nazywam się Carmen Conley. Miałam przyjść dzisiaj w sprawie pracy.” Bolało? Nie trzeba jąkać i dukać jak przedszkolak.
Cytat: „Wysiadła, gdy winda zatrzymała się, kilka chwil później.”
Naprawdę z windy wysiada się wtedy, kiedy się zatrzymuje? Myślałam, że można wyskoczyć w biegu.
Cytat: „Na ścianach wisiały płyny. Srebrne, złote, platynowe…”
Przysięgam, że chciałabym to zobaczyć. Wprost marzę o tym, żeby zobaczyć „wiszące płyny”! Nie mówiłam, że to jakiś kosmos?
Cytat: „Ciemne w totalnym nieładzie opadły na oczy mężczyzny, przez co wydawał się być małym chłopcem.”
Cokolwiek to jest, to ja potrzebuję owych „ciemnych”, żeby mi spadły na oczy i dały wygląd małej dziewczynki. Mogę dostać, mogę? Proszę!
Cytat: „- Ja w sprawie pracy. Dzwoniłam kilka dni temu. Rozmawiałam z panem. Nazywam się Conley.”
Tu zaskakujący i zatrważający moment. Kolejna ze zdolnościami parapsychologicznymi w tym opowiadaniu. Pierwszy raz widzi faceta i mimo że nie odezwał się jeszcze ani słowem, to ona wie, że właśnie z nim rozmawiała. Chyba, że to jakaś futurystyczna wizja i można się zobaczyć przez kabel od telefonu.
Cytat: „Na swoich kolanach położyła torebkę(…).”
Serio na swoich kolanach? Myślałam, że na kolanach psa. Mam jeszcze pytanie, żądam odpowiedzi. Co oznacza ten znaczek: (…)? Ja wiem, ale Ty chyba nie masz zielonego pojęcia, bo masz jakąś nerwicę natręctw, albo lepiej – fetysz tego znaczka. Ja Cię uświadomię. Ten znak interpunkcyjny oznajmia, że jakaś część tekstu została pominięta, a czytelnik ma do czynienia ze skróconą formą. Co pominęłaś?
Cytat: „Brunetka wykorzystała moment jego nieuwagi. Pośpiesznie, na tyle, na ile dał jej ból wyszła, a właściwie wyczołgała się z mieszkania.
- A ty dokąd?! – usłyszała za sobą jego głośny śmiech. Odwróciła się, po czym kopnęła go mocno w brzuch. Sebastian skulił się trzymając za brzuch.”
Jeżeli ona czołga się z mieszkania, a za chwilkę odwraca i kopie go w brzuch, to albo Sebastian jest karłem, albo ona jest Neo z Matrixa. Interpunkcja leży i kwiczy i mam wrażenie, że za kilka rozdziałów zaszlachtujesz ją jak prawdziwą świnię. Czym ona Ci zawiniła, niedobra Ty!?
Cytat: „Przyglądał się jej przez dłuższa chwilę, dopóki blondynka nie spojrzała w jego kierunku. Odwrócił twarz w stronę drzwi. Ruszył w ich kierunku.”
Kierunku, kierunku, kierunku… zaraz rzygnę. Widzisz te powtórzenia? Słownik synonimów płacze na półce, bo został zapomniany.
Cytat: „- Idziemy? – zapytał pomagając jej wstać (…).”
Kolejny objaw Twojego fetyszu. Co to tu robi, u licha, no? Zżarłaś przecinek. Już 68, jak dobrze liczę.
Cytat: „Siedzieli już którąś godzinę oglądając nudny program w TV, kiedy z zamyślenia wyrwał ją dźwięk dzwonka do drzwi, a chwilę później głośne pukanie. Blondyn westchnął, wstając podszedł do drzwi. Nie patrząc przez wizjer otworzył drzwi…”
Najpierw mamy problem – rozmnażających się przez pączkowanie – drzwi. Potem mamy problem zmiany podmiotu, co mnie strasznie zabolało. Oni siedzieli, a tylko ją dźwięk dzwonka wyrwał z zamyślenia. On jest głuchy, tak? Poza tym myślałam, że jak się ogląda TV, to się nie rozmyśla, bo to się jakby… wyklucza? Inna sprawa: jak można WSTAJĄC podejść do drzwi?
Cytat: „Pozwolił aby jej zwinny język pieścił jego podniebienie.” Dobrze, że nie liżą się po migdałkach, ale to byłaby już przesada nawet jak na TAKI kosmiczny świat. Zrobiło się tu porno i duszno, kochana!
Cytat: „(…) zapytała od razu, wskazując na na karki, które leżały przed nią.”
Na, na, na, na… spadałaś ze schodów, to pisząc?

Te błędy były najgorsze podczas lektury czterech rozdziałów. Poza tym było jeszcze mnóstwo innych i mam wrażenie, że gdybym czytała do końca, to znalazłby się nawet jakiś zbłąkany ortograf. Masz zatem szczęście, że tego nie zrobiłam, chociaż nie wiem kto wyszedł na tym lepiej. Reasumując całe Twoje wypociny, jakie przeczytałam: jest tragicznie i nie zamierzam owijać w bawełnę. Interpunkcja zarąbana zdycha w rowie, stylistyka szarżuje po okolicznych wioskach i ma gdzieś Twoje opowiadanie. Styl Twojej pisaniny pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza, że słownictwo jest ubogie jak robol ziemniaczany. W sumie nic tu się kupy nie trzyma i powiem Ci w sekrecie, że pokpiłaś sprawę na maksa.

Temat: 0/5
Obuee. Pomyślmy… Powtarzana do zrzygu fabuła, przewidywalna jak wynik meczu piłki nożnej Polska – Hiszpania, usiana błędami, z odrealnionym światem przedstawionym i drętwymi dialogami; to chyba nic dobrego z tego nie będzie, nie?

Układ: 1/5
Pozwolę sobie przegrzebać Twoje menu, które jest dla mnie tak ponętne jak cap wleczony na postronku do rzeźni. Oczywiście słówko o autorze, które nie wniosło do mojej egzystencji żadnych rewelacji i tajemnicza „obsada”. Zaglądam i… ach, tak! Słynni bohaterowie, umieszczeni pod zagadkowym grypsem. Zawsze mnie zastanawiało, po jasnego sandała, opisywać bohaterów na oddzielnej podstronie. Czyż nie łatwiej jest opisać ich w treści opowiadania, stopniowo wzbogacając swoje postacie? Co mi po tym, że zanim zacznę czytać będę wiedziała kto ile ma lat? Guzik mnie to obchodzi. Potem jeszcze masz reklamę, czyt. pięć ryjów, które mnie straszą, zamkniętych w małych prostokącikach. Ogółem to bez bomby jakiejś. Fakt, że to wszystko jest w miarę równe i estetyczne, ale to chyba jedyna zaleta układu, który Twój blog reprezentuje. Informacje na dole są zdecydowanie do kasacji, albo do wyśrodkowania.

Czytelność, obrazki: 0/5
Och, tak, prędzej mnie fura z gnojem przejedzie niż dam Ci jakieś punkty za czytelność! Tytułów postów nie widać prawie wcale, a ślepa jeszcze nie jestem. Treść postu napisana czcionką z rodzaju „minimalistyczna”. Jeśli minimalizm jest teraz w modzie, to możesz być pewna, że masz najmodniejszy mózg w okolicy. Tak, tak dąsaj się, ale nikt mądry nie ustawia w poście takich mróweczek, bo można sobie oczy wyłupić. Poza tym jest to opowiadanie, a więc powinno być wyjustowane z zaznaczonymi akapitami. Czemu tego nie masz? Ruska babka by nie odgadła. Jeśli zaś idzie o obrazek, to widzę jeden i to jest… jakby… to już jest za dużo na mój uciemiężony wzrok.

Dodatkowe punkty:
Po moim sinym trupie.

Punkty: 6/60
Ocena: niedostateczna.

___________________
*SZS – Syndrom Zaniku Shifta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz